 | Imię (Nazwisko): Jakub Ksywa: chaos Miejscowość: Sosnowiec Wiek: 19 lat |
|
| P | W | Ś | C | P | S | N | | | | | 1 | 2 | 3 | 4 | | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | |
|
|
|
Win or Lose
napisany: 04.09.2008 · 15:19 · dodał: chaos · komentarze: 7
|
No i zaczęła się szkoła drodzy państwo. Wakacyjne wspomnienia odstawiliśmy w niepamięć i przygotowaliśmy się psychicznie na nudne (i te ciekawsze również) lekcje i wykłady. Niestety nikt nie mówił, że ten rok szkolny będzie wyjątkowo nudny za sprawą nowego polonisty i tak trudny ze względu na język angielski. No cóż...
Ale nie, nie będę pisał o moich szkolnych problemach i przygodach, bo tego się pewnie po mnie spodziewacie. Jest wiele ciekawszych rzeczy od siedzenia w ławce i gadania na lekcji.
Dzisiejszy dzień w szkole nas tak wynudził... Zaraz, zaraz. Pytacie czemu piszę "my"? "My", bo było nas dwóch - ja i pop. No więc dzisiejszy dzień w szkole nas tak wynudził, że na przystanek szliśmy nieźle zmarnowani. Nastroje pogarszała nam także jutrzejsza klasówka z historii. Kompletna zgacha. Koniec. Tak przecież nie może być. Jest dopiero czwarty września, a wyglądamy jak przed końcem semestru.
Dla zabawy i poprawienia humoru nieświadomie zorganizowaliśmy między sobą mały wyścig.
Wyścig pomiędzy autobusem linii 811, którą miałem okazję reprezentować, oraz linią 835, którą reprezentował Popu. Oficjalny rozkład przewoźnika twierdził, że obaj dojedziemy do celu (ul. Braci Mieroszewskich - Zagórze Osiedle) o godzinie 12:44. Postanowiliśmy sprawdzić, czy Komunikacyjny Związek Komunalny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego przypadkiem nie kłamie.

Autobus Popa ma dłuższy dystans (prawie trzy kilometry i dwa razy więcej przystanków) do pokonania, lecz przyjeżdża wcześniej, o 12:26. Mój autobus ma tylko cztery przystanki, ale przyjeżdża sześć minut po linii 835 - o 12:32. Zakładając, że oba autobusy poruszają się z prędkością 40 km/h, zatrzymują się po 15 sekund na przystankach i trafiają na każdej sygnalizacji świetlnej na zielone, to wygra Popu, przejeżdżając przez linię mety pół minuty przede mną.
12:27, minuta spóźnienia i Popu wsiada do prawie pustego 835. Czas długiej podróży umila mu sympatyczna koleżanka Kasia. Kiedy autobus popa dojeżdżał do trzeciego przystanku - o 12:35, z trzyminutowym opóźnieniem i ja dołączyłem do wyścigu. Mnie także towarzyszyła sympatyczna koleżanka Kasia (druga Kasia, nie ta sama, co Popowi). Popu ma o tyle dobrze, że jego autobus zabiera znacznie mniej ludzi (nie wliczając uczniów Zespołu Szkół przy ul. Jagiellońskiej - przystanek 3). Moja linia jest znacznie popularniejsza, bo nie dość, że jedzie do Dąbrowy Górniczej, a nie do Zajezdni to jeszcze ma mało przystanków. Tę popularność doskonale odwzorowali pasażerowie, którzy wsiedli na Centrum (przystanek 2). Ścisk i gorąc. A jak tam u Popa? On sobie wygodnie siedzi, a jego autobus wyjeżdża już z 1 Maja (przystanek 5). Czułem, że 811 nie dogoni 835, a ja przegram wyścig.
Stałem na tyłach autobusu opierając się o drzwi i widziałem wszystko przez tylną szybę. Myślałem, że w pewnej chwili zobaczę autobus Popa i zacznę cieszyć się z przewagi. Mój autobus odjeżdżał z przedostatniego przystanku (zielony 3 i niebieski 7) o 12:43 więc było pewne, że nie dojedzie do mety zgodnie z rozkładem. Ale gdzie jest Popu? Czy już dojechał, wysiadł i się ze mnie śmieje? Ciągle nie widzę jego autobusu za moim. A może się gdzieś popsuł na jakimś zadupiu? Oby...
Gdy moja 811 stała na ostatniej sygnalizacji świetlnej, zauważyłem, że przede mną stoi przegubowy czerwony Ikarus. Dokładnie taki sam, do którego wsiadł Popu. Niestety, nie widziałem numeru. Byłem przekonany, że to 835, czyli autobus Popa. Jednak wygrywa ten, kto pierwszy wysiądzie z autobusu, czyli mam jeszcze szansę. Wszystko zależy od tego, który kierowca jako pierwszy otworzy drzwi. Oba autobusy przyjeżdżają na przystanek. Wysiadam jak z procy i biegnę sprawdzić, co to za bus przede mną. 106. Nie, to nie Popu. Jest 12:49, czyli on mógł już dojść do domu, wypić kawkę i przygotować się na jutro do szkoły. Cóż... Wygląda na to, że przegrałem.
Idąc na osiedle zobaczyłem kolejny autobus na w/w skrzyżowaniu. Też podejrzanie czerwony i w tym przypadku również nie widziałem co to za linia. Przyglądając się dalej zauważyłem, że ze środka macha do mnie jakiś gościu w niebieskiej koszuli. Popu? Na to wygląda, bo po jego gestach doszedłem do wniosku, że jestem ślepy i/lub głupi. Czyli jednak wygrałem. Dosłownie o minutę. Super. Zawsze o tym marzyłem. Szkoda tylko, że wyścig był tak dla jaj i nie walczyliśmy o jakąś konkretną stawkę. Ale Popu nie powiedział jeszcze ostatniego słowa...
Wniosek? Jeżeli potrzebujesz się szybko dostać z jednego końca Sosnowca na drugi - wskakuj do 811.
Wniosek 2? Jeżeli lubisz podróżować komfortowo, nie licz, że twój autobus dojedzie do celu na czas.
Wniosek 3? Oficjalny rozkład Komunikacyjnego Związku Komunalnego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego kłamie.
Oczywiście przystanki rozmieściłem orientacyjnie, więc moja mapa może być niedokładna. Pominąłem również jeden - os. Zamkowa. Za to niedopatrzenie przepraszam ludzi tam mieszkających.
|
|
Na koniec miesiąca...
napisany: 29.08.2008 · 11:44 · dodał: chaos · komentarze: 8
|
O tym, że praca fizyczna jest ciężka przekonało się już chyba wielu. Oprócz Mumola, który nadal uważa, że jest to przyjemna robota, na której można zbić kokosy. I pewnie wierzy w te bzdury, że spawacz zarabia 5000 zł miesięcznie, a koordynator pracy na budowie 10000. Ale chyba nie w Polsce. Dyskutowaliśmy już wiele razy na ten temat i jeśli dalej chcesz skończyć liceum i studia tylko po to, aby iść budować biurowce i nieść worki z cementem, to pozdrawiam cię serdecznie. Każdy ma inny światopogląd i wcale nie zabraniam nikomu jego przedstawiania. Niestety taką już jestem wredną małpą i jeśli coś wydaje mi się niesamowicie śmieszne, to staram się śmiać z tego jak najgłośniej.
Proponuję odstawić kłótnie na temat pracy na bok, z powodu zbliżającej się wielkimi krokami szkoły. Tak jest, moi mili. W poniedziałek rano znowu większość z was wskoczy w białą koszulę, przypnie tarczę na lewą pierś i kupi bilet na autobus. Czy wam się to podoba, czy nie znowu musicie wrócić do szkoły. Pozdrawiam też studentów, którzy mają we wrześniu jakieś poprawki - być może za dwa lata do was dołączę.
W tym roku wyjątkowo się cieszę z powrotu do szkoły. Raz, bo całe wakacje zabrała mi praca, o której nie mam zamiaru pisać; dwa, bo jest to prawdopodobnie mój ostatni rok w szkole średniej; trzy, bo brakuje mi szalonych akcji odwalanych na lekcjach; a cztery, bo muszę się dokształcić z zasad gramatyki i interpunkcji.
Właśnie dlatego nie rozumiem tych, którzy marudzą aaa, znowu szkoła. nie chce mi się tam wracać, szkoła jest do dópy!, nie lubię matmy. Ja też nie lubię matmy, a tak się złożyło, że pewnie będę ją zdawał na maturze. Ludzie, gimnazjaliści, licealiści i przyszli technicy! Połączcie przyjemne z pożytecznym. W szkole może wydarzyć się wiele ciekawych rzeczy, na pewno więcej niż podczas wakacji. Kilku z was narzekała, że tegoroczne wakacje są nudne. No nie dziwię się, skoro siedzieliście na dupach i 24 godziny na dobę odświeżaliście GTG. Pomyślcie sobie, do następnych wakacji zostało 295 dni. To niewiele, więc radzę wam to dobrze wykorzystać. Żeby za kilkanaście lat opowiedzieć potomstwu, czego to tatuś czy mamusia w szkole nie robili.
Ktoś kiedyś wypalił, że wykształcenie jest bogactwem. Ja wiem, że większość z was wolałaby dostawać kasę za oceny, ale nie ma tak dobrze. Chcecie kasę, no to radzę iść do pracy, robić za Chińczyka po 12 godzin dziennie, żeby wypłata jakoś przyzwoicie wyglądała. Wybór pozostawiam wam, a na zakończenie przywołuję cytat z mojej ulubionej reklamy:
Nadszedł ten czas, aby podnieść dumnie głowę i powiedzieć: BOGAĆMY SIĘ.
Niekoniecznie na lokacie osiem procent...
|
|
Osiedlowi Gangstas
napisany: 10.07.2008 · 21:21 · dodał: chaos · komentarze: 7 · zamknięty
|
Pamiętam, że kiedyś za postrach osiedla uchodzili panowie mający po 2 metry wysokości, 3 metry w barach i ubierający się w dresy z trzema paskami. Nie można było przejść obok nich obojętnie - zawsze obawiałeś się o życie. Nie tylko swoje, lecz całej twojej rodziny. Nawet najmniejszy szczegół mógł przykuć ich uwagę. Właśnie wtedy miało znaczenie to, co masz na sobie. Nie mogłeś się ubierać w taniochę, bo mogli cię wziąć za margines społeczny i porządnie skopać tyłek. Nie mogłeś też wyjść w droższej odzieży, bo również się narażałeś.
Niezwykle przerąbane było także w zimę. A wtedy zima to było coś takiego, że było cholernie zimno, a wokół leżało pełno śniegu. Wtedy ulubioną rozrywką facetów w paskach było rzucanie śnieżkami w małolatów i okradanie ich z sanek. Pytacie - czemu nie okradali ich z nart, łyżew, czy dupolotów? Ano, bo czegoś takiego nie było. A jeśli ktoś coś takiego miał, to na pewno nie ryzykował życia i z tym nie wychodził.
Obawy narastały również gdy musiałeś iść do sklepu - świat wtedy nie znał czegoś takiego jak hipermarket, a na słowo karta płatnicza wszyscy dostawali niezłego wytrzeszczu. Tak więc całą kasę, a wtedy to były tysiące, trzeba było trzymać w kieszeni. Jeszcze gorzej było, gdy szło się pograć na automatach. Kieszenie wręcz brzęczały od nadmiaru monet. Tylko nieliczni przechodzili na drugą stronę osiedla...
To było jakieś czternaście lat temu. Dziś ci panowie albo są gdzieś na drugim końcu świata, albo ustatkowali się, porobili dzieci i miło wspominają początki III Rzeczypospolitej. Wydawać się może, że w dzisiejszych czasach na osiedlu jest cicho i spokojnie. Obywatele są spokojni i zadowoleni, a dzieci nie wracają do domu z podbitym okiem.
Niestety, rzeczywistość jest jednak troszeczkę inna. Owszem, nie jest już tak jak kiedyś, że wychodząc na dwór się narażałeś. Po prostu nie wychodzisz, bo ci się nie chce patrzeć na starych dziadów, którzy godzinami siedzą na ławce i flirtują z jeszcze starszymi babami. A jak już wychodzisz, to starasz się na nich nie zwracać uwagi. Ale choćbyś nie wiem jak się starał, to oni i tak cię dopadną i opieprzą dlaczego nie powiedziałeś im dzień dobry. Czy może być coś gorszego?
Uwierzcie mi, że może. Gorsze są dzieci poniżej wieku szkoły podstawowej, które bez opieki rodziców wychodzą na dwór. Nie ważne, czy wyszły sobie ot tak na dwór, czy na rower - zawsze trzymają się w kilkuosobowych grupkach. Ich ulubionym zajęciem z pewnością jest bicie dziewczynek, spluwanie na chodnik, wydzieranie się, czy przeklinanie. O nie, widok klących non stop dzieci już nie jest zabawny. Jest irytujący. Owszem, osobiście przeklinam dość często, ale nie w takim stylu i z taką częstotliwością jak te dzieci.
Cytat: - Ej ty, kurwa!
- Co kurwa?
- Idziemy do sklepu, chuju!
- Kasy, kurwa nie mam!
- To wypierdalaj do domu, szmato!
Cytat: - Chodź tu, kurwa mać, bo ci jebnę!
- Spierdalaj, bo jak przyjdzie mój stary to dopiero ci przypierdoli!
- Twój stary to serwisant poloneza!
Takich cytatów jest więcej. Mam za oknem boisko i plac zabaw i non stop muszę tego wysłuchiwać. Przyznaję, że trochę zaczyna mnie już to męczyć...
Niesamowicie wnerwia mnie także to, że owe dzieci pragną być tacy jak bohaterowie ich ulubionych gier. Ile razy widziałem jak łazili po ulicy z pistoletami na kulki i strzelali do ludzi, albo rzucali się na maski zaparkowanych samochodów... No człowieka krew zalewa. A co gorsza nic takim dzieciakom nie można zrobić. Pobić raczej się nie da, bo zaraz podjedzie jakiś patrol policyjny i zamkną cię w więzieniu na 25 lat. Dorwać też nie, bo zaraz zejdzie jakiś rodzic i oskarży cię o molestowanie seksualne jego pociechy, a potem wygra rozprawę w sądzie, a ty pójdziesz siedzieć na 25 lat. Jedyne co można, to porządnie opieprzyć, ale to i tak nie daje małemu sukinsynkowi do zrozumienia i na drugi dzień robi to samo. Pocieszające jest jednak to, że na osiedlu wymieniają rury kanalizacyjne. Porozstawiali więc nowiutkie rury na różnych stronach osiedla, do których czasami się odlewam wracając z pracy. A na drugi dzień patrzę, jak owe dzieciaki jeden po drugim włażą i przechodzą przez ten śmierdzący tunel. O tak, wtedy czuję się spełniony i udaje mi się zemścić za to ciągłe przeklinanie za oknem i za niszczenie samochodu.
Czy dzisiejsi rodzice nie wiedzą w jakie gry grają ich kilkuletnie pociechy? A jeśli wiedzą, to czemu im tego nie zabronią? A jeśli nie zabraniają, to dlaczego dzisiejsi rodzice nie umieją porządnie wychować swoich dzieciaków? Pamiętam, jak kiedyś dostałem okropne lanie, bo bawiłem się zapałkami. A co dopiero strzelanie do ludzi i niszczenie samochodów - to w ogóle nie przychodziło mi do głowy. Jak ktoś przypadkiem kopnął piłkę, która trafiła w stojącego obok malucha, to spieprzaliśmy gdzie pieprz rośnie. Wiedzieliśmy, że choć auto nie ma alarmu, to jego wkurzony właściciel zaraz wyleci i da nam nauczkę. Owszem, kilka razy zdarzyło nam się chodzić po ulicy i przeklinać, ale zaraz schodziła czyjaś matka, a ten ktoś miał miesięczny szlaban na wyjścia na dwór. W sumie szkoda, że w dzisiejszych czasach nie ma kogoś w stylu dawniejszych facetów w paskach...
Czternaście lat temu ulubioną rozrywką małolatów była ucieczka przed dresiarzami. A jeśli się nie uciekało, to szło się do pobliskiego sklepu, brało się oranżadę na krechę i szło się gdzieś daleko, żeby dresiarze nie widzieli. A dzisiaj? Dzisiaj nie ma tak dobrej oranżady jak kiedyś, w dodatku na krechę. A gdy idziemy na piwo to nie chce nam się daleko chodzić, żeby je wypić. Przeważnie siadamy gdzieś w miejscu publicznym i dostajemy mandat, albo idziemy do mojej piwnicy, którą kiedyś pięknie wysprzątaliśmy. W drodze wyjątku idziemy tam, gdzie kiedyś piliśmy tę wspaniałą oranżadę i wspominamy dawne czasy, jak to było za łebka...
|
|
Mniej niż zero
napisany: 10.07.2008 · 00:03 · dodał: chaos · komentarze: 6 · zamknięty
|
Już zdążyłem odesłać bloga na wieczny spoczynek i zamknąłem go w najwyższej komnacie, w najwyższej wieży. Przybarykadowałem też te wielkie drewniane drzwi i wywiesiłem tonę łańcuchów. Niestety, na marne.
O tym, że nie pomieszczę wszystkich tych kolorowych filmików z czerwonego nadajnika na moim małym dysku wiedziałem od zawsze. Wiedziałem także, że choćbym się zesrał, to i tak nie zainstaluję wszystkich gier i nie utworzę playlisty ze wszystkich muzycznych talerzy, jakie posiadam. Tak więc jakoś nigdy nie przejmowałem się tym dymkiem z komunikatem o wyczerpującym się miejscu na dysku, który witał mnie od ładnych paru tygodni.
A przejmować się powinienem. Otóż dzisiejszego pochmurnego wieczora, siadłem sobie wygodnie w fotelu i odpaliłem sobie kompa. A właściwie szkielet tego, co zostało. Odwiedziłem sobie #karton, poczytałem o polityce, o wyczynaniach Mustafy na gtg... Nawet zajrzałem na swoją skrzynkę pocztową, co robię bardzo rzadko, no i proszę - Your wife will love you if you have a longer stronger love instrument., Dont play with your x-life, get bluepills with you!. Nawet nie wiedziałem, że mam żonę i że Nicole Kidman jest o nią zazdrosna. Ciekawych rzeczy się człowiek o sobie może dowiedzieć przeglądając swoją skrzynkę mailową... W tym czasie wyskoczył kolejny balonik z komunikatem, że wyczerpuje się miejsce na dysku. Wiem o tym i bez zastanowienia zamknąłem dziada.
I to był mój błąd. Po chwili żadna strona www nie chciała się wyświetlić. Pomyślałem, że znowu mój dostawca internetu bawi się w papier, kamień, nożyce na kablach. Ale nie... Transfery torrenta były w porządku, gadu działało. Lecz po chwili wszystko zgasło. No niezupełnie, tylko obciążenie procesora i pamięci gwałtownie skoczyło w górę. Co jest grane? O co chodzi? Przecież miało być tak pięknie...
Udałem się do Panelu Sterowania - centum zarządzania okiennym wszechświatem. Lecz po drodze zauważyłem, że na dysku C kompletnie nie ma miejsca. Zero totalne. Mayday, mayday.

Do chwili wysłania tego postu udało mi się przywrócić jakieś 100 MB usuwając backupy ostatniej aktualizacji, ale jak u licha można zapełnić całą partycję? I w dodatku systemową? I dlaczego wujaszek Bill nie raczył mnie o tym powiadomić, że już kompletnie nie mam miejsca na dysku, tylko przysłał komunikat o wyczerpującym się miejscu? I gdzie ja teraz upchnę te wszystkie edukacyjne filmy akcji, skoro na drugiej partycji mam poniżej gigabajta wolnej przestrzeni życiowej? To są pytania, które nie dadzą mi dzisiaj zasnąć i poważnie zmuszą do pomyślenia nad nowym, znacznie pojemniejszym dyskiem...
|
|
500: Number of the Beast
napisany: 31.03.2008 · 22:38 · dodał: chaos · komentarze: 8 · zamknięty
|
Koło zostało wynalezione około 4 tysięcy lat przed naszą erą w Mezopotamii. Dwa tysiące lat później powstał pierwszy pojazd składający się z kół i platformy, który był napędzany siłą koni lub człowieka. A kiedy został wynaleziony pierwszy pojazd napędzany silnikiem spalinowym? Nie, nie zgadliście. Pierwszym właścicielem "samochodu" na świecie był Siegfried Marcus, który w roku 1870 zbudował wózek ręczny napędzany siłą silnika spalinowego. Ten wynalazek został uznany jako pierwsze auto na świecie i wyglądał mniej więcej tak. I chwała Marcusowi za to, bo gdyby nie on to pewnie przez kolejne 3000 lat byśmy jeździli na koniach lub w bryczce.
Jak ewoluował samochód to chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Wystarczy odsłonić zasłonki i wyjrzeć przez okno. Co z tego, że jeden gość sobie jeździ Maluchem, drugi pociska Kredensem, a trzeci pucuje swojego Golfa pierwszej generacji pod blokiem? Każdy lubi, to co lubi (lub na co go aktualnie stać) i powinienem to uszanować.
Ale... Właśnie - "ale". Mam już jakieś kukumamuniu, fiksumdyrdum, czy jakkolwiek inaczej to się zwie, na punkcie samochodów. Tak samo jak dzisiejsza młodzież na punkcie telefonów komórkowych. Po prostu muszę wiedzieć jak dany samochód się sprawuje, jak jeździ i jak dużo drzemie w nim mocy. Czasami nawet potrafię spędzić pół dnia na Allegro oglądając i czytając różne rodzaje ogłoszeń. Takie moje małe zboczenie zawodowe.
Od kilku miesięcy usiłowałem kupić sobie mój własny samochód. Do dyspozycji miałem 3 tysiące złotych. Wybór miałem ogromny. Cholernie podobało Audi 100 z 1984 roku popularnie zwane cygarem. Silnik 2.0 TDI o mocy około 100 KM, pełna wygoda w środku i jaaakie kształty. Oh, ale bym zaszpanował na osiedlu.
Tylko ciekawe kto by mi dawał na benzynę... W grę wchodziły jeszcze Ford Fiesta z 94 roku, Daewoo Tico z 97 lub Volkswagen Golf z 87. Najlepiej gdyby miały instalację LPG na pokładzie. Wtedy byłoby znacznie oszczędniej...
Skończyło się jednak na tym, że zostałem właścicielem Fiata Cinquecento z 1996 roku. Co z tego, że ten samochód wygląda jak pudełko od zapałek? Co z tego, że klepano go po pijaku w polskiej fabryce? Co z tego, że lusterka są zapożyczone od Malucha? W moim przypadku liczy się to ile wachy spala na setkę, następnie osiągi, a na końcu wygląd zewnętrzny. Jednak wygląd zewnętrzny okazał się największą tragedią. Fiaty są jednak słabe i po dwunastu... ba, nawet ośmiu latach mają prawo się sypać. Tutaj był to zbiornik paliwa, z którego wycieka benzyna, oraz podwodzie w okolicach drzwi. Wystarczyło mocniej nimi trzasnąć, by spod spodu wyleciało sporo zardzewiałej karoserii.

Wewnątrz samochód prezentuje się dosyć swojsko. To po prostu poszerzony Fiat 126p, którym w niedalekiej przeszłości jeździł mój ojciec. Nawet nie ma zamykanego schowka od strony pasażera. Ba... Tam w ogóle nie ma schowka. Deska rozdzielcza ogranicza się do trzech zegarów, a przy kierownicy znajdziemy znane z Malucha "wajchy". Dokładnie te same kształty i te same rysuneczki oznaczające do czego służą. Widocznie komuś nie chciało się projektować ciekawego i przykuwającego uwagę wnętrza. Ale co tam. Najbardziej bolą te skóropodobne wykończenia. Rany... Już lepiej mogliby dać plastik od bombonierki.
Jest więcej miejsca niż w Kaszlaku. Z przodu spokojnie mieszczą się dwie osoby. Po prostu czuć tę przestrzeń. To z pewnością wychodzi Fiacikowi na plus. Chociaż z tyłu już głową dotykałem podsufitki, a trzeba dodać, że wcale nie jestem wielkim facetem. Do bagażnika wejdzie tylko plecak i reklamówka z butami. To ze względu na butlę gazową, która zdecydowanie zajmuje za dużo miejsca. Takie są uroki niefabrycznie montowanej instalacji.
Poprzedni właściciel zupełnie nie dbał o to auto, o czym świadczą różne obicia karoserii, ubytki lakieru i amatorsko malowane prawe drzwi. Przegub w lewym kole jest uszkodzony - to pewnie ze względu dynamicznego ruszania. Zbiornik paliwa, oraz pompa paliwowa są do wymiany - to uroki jazdy na pustym baku. Szyba od strony kierowcy nie otwiera się. To natomiast uszkodzenie elektroniki w tych cholernych elektrycznych szybach. Wewnątrz wszystko jest przesiąknięte dymem od papierosów. Aż nieprzyjemnie wsiadać do tego samochodu. Jak do cholery można palić w samochodzie? Jedyną moją pociechą jest choinka o zapachu kokosowym.

Ale mimo tych wad i usterek, które muszę na dniach naprawić, to uwielbiam ten samochód. Ze względu na moc, która drzemie w tym małym silniczku o pojemności 900 centymetrów sześciennych. Chciałoby się rzec, że te marne 40 koni mechanicznych z trudem ruszy ważący ponad tonę samochód...
Spodziewałem się, że się zawiodę na tym silniku. Spodziewałem się, że samochód będzie ruszał dość spacerowo i w ogóle nie osiągnie 100 km/h. Spodziewałem się, ten samochód okaże się życiową porażką i że wyrzucę te 3000 złotych w błoto. Widocznie nie doceniłem tego małego autka.

Wystarczy zaledwie lekko wcisnąć gaz, by Cienias ruszył z kopyta. Naprawdę. Próbowałem ruszyć delikatnie tym samochodem, ale się nie da. On po prostu sam dyktuje warunki. Zupełnie jakbyś wsiadł do diabelskiej kolejki górskiej. Jazda dostarcza niemniejszych emocji. Od zera do setki rozpędza się w 16-17 sekund, czyli dość przeciętnie. Ale nie o to tutaj chodzi. Nawet nie chodzi o dźwięk silnika, który przypomina kosiarkę do trawy. Jadąc tym samochodem doskonale czujesz prędkość, a dodatkowym smaczkiem, który zarazem jest przedmiotem obawy jest cholernie twarde zawieszenie z wybitymi amortyzatorami, oraz wyczulony układ kierowniczy. Wystarczy trochę mocniej obrócić kierownika, by elegancko dachować na pierwszym lepszym zakręcie.
I właśnie na różnego rodzaju wirażach zaczyna się kompletna tragedia. Samochód jest cholernie nadsterowny. Bardzo łatwo można ściąć zakręt wpakowując w niego tonę polskiej blachy. Jak już wspomniałem do dachowania tym autem naprawdę nie trzeba specjalnych umiejętności. Testując ten samochód na ekspresówce czułem się, że prowadzę samochód diabła. Po prostu trzeba mieć się na uwadze podczas prowadzenia. Podczas jazdy z prędkością 100 km/h chciałem ominąć dziurę w drodze, co skończyło się tym, że wyrzuciło mnie na sąsiedni pas ruchu. Na nieszczęście droga była pusta i nie zatarasowałem nikomu drogi. Ten samochód po prostu nie lubi złego traktowania, nagłych manewrów i nie wybacza błędów.
Co z tego, że kumple śmieją się z tego, że kupiłem Cieniasa, a nie żadnego Golfa, czy Calibrę? Co z tego, że jadąc tym samochodem po polskich drogach czujesz się, jakbyś siedział na taborecie przyklejonym supermocnym klejem do betonu? Co z tego, że jest niebieski i ma plakietkę Fiata? To po prostu mały, fajny samochodzik, wręcz idealny na miejskie kory i wąziutkie drogi. Samochód który przewiezie cię z punktu A do B dostarczając tyle samo wrażeń, co gra na klasycznym PlayStation. Samochód, któremu warto poświęcić kilka minut dziennie, sprawdzając jego stan techniczny. Pod jego maską drzemie bestia, którą warto się od czasu do czasu porządnie zaopiekować. Bestia, która czasami budzi się ze snu, a wtedy już nie ma przebacz...
Psst. Zerwałem już ten obciachowy zielony listek z tylnej szyby.
|
|